Też masz momenty macierzyńskiego załamania? Oto moje sposoby

Powiedzmy to sobie. Dzieci potrafią naprawdę wkurzyć. I możesz powtarzać sobie w nieskończoność, że jesteś delikatną lilią wodną na gładkiej tafli jeziora. Jeśli twój dwulatek po raz dziesiąty tego dnia wybuchnie dzikim rykiem, starsze dziecko przyniesie kolejną dwóję z matematyki, a to wszystko po trzech bezsennych nocach z powodu kataru młodszego, to co najwyżej zostaniesz pierdoloną lilią na tafli tego jebanego jeziora.

Nieważne, jak bardzo kochasz swoje dzieci (a zakładam, że bardzo). Nieważne, czy są z natury spokojne, czy też zachowują się jak mały huragan. Z pewnością przyjdzie dzień, kiedy będziesz miała ochotę rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. Albo chociaż wyjść bez dzieci na zakupy do Biedronki.

Spokojnie, ten stan nie świadczy o tym, że jesteś złym rodzicem. Po prostu jesteś tylko człowiekiem, który ma jakieś granice wytrzymałości. A jak już pewnie zauważyliście – przemęczony, sfrustrowany rodzic raczej nie znajdzie w sobie tylu pokładów cierpliwości, żeby poskromić dzieci w fazie buntu. Lepiej więc reagować przy pierwszych objawach załamania, żeby później nie musieć kajać się przed dziećmi i partnerem.

Co ja robię w chwilach załamania? Mam kilka sposobów.

  1. Sen. To chyba najważniejsza z metod. Zawsze stosuję, kiedy zauważam, że moim największym życiowym marzeniem staje się spędzenie samotnego weekendu w kawalerce wyposażonej jedynie w wygodne łóżko, lodówkę i sprzęt DVD. Czyli mniej więcej raz na dwa tygodnie. Co wtedy robię? Kładę się spać wraz z moją córką o 21 i śpię do rana (z przerwami na nakrycie jej kołdrą i tym podobne bardzo ważne czynności).
  1. Zakupy. Mogą być spożywcze, mogą być nawet z dzieckiem. Byle wyjść z domu i kupić sobie coś fajnego. Też tak macie?
  2. Robię coś dobrego do jedzenia. Najlepiej z użyciem takich cudów jak ksylitol. Czasem nawet, kiedy coś mi odbije, bez glutenu. Uwielbiam jeść, ale nie lubię wyrzutów sumienia z powodu spożywania śmieciowego żarcia. Takie wypieki to dla mnie rozwiązanie idealne. Do tego często mogę w cały proces zaangażować swoją córkę, co sprawia jej niesamowitą frajdę i poskramia jej wybuchowy charakterek.
  3. Spotykam się ze znajomymi. Rzadko mi się to udaje, ale to zawsze wielkie święto i wytchnienie.
  4. Oglądam dobry serial. Nie mam problemu z tym, żeby zdecydować, który. Mam po prostu takie braki w rozpoczętych serialach, że zawsze czeka na mnie coś zaległego.
  5. Uprawiam sport. Jestem maniaczką aktywności fizycznej. Takiej dla zdrowia i dobrego samopoczucia, zero spiny z kategorii „muszę schudnąć i wyrzeźbić ciało” lub „za miesiąc maraton”. Dlatego uprawianie sportu to dla mnie czysta przyjemność i relaks. Najbardziej lubię jeździć na rowerze, a jeśli nie mam takiej możliwości, puszczam jakiś fitness z płyty (może być Ewa Chodakowska).
  6. Na końcu mój faworyt: hobby, pasja. Nic tak nie pomaga na zszargane nerwy jak zagłębienie się w coś, co mnie pasjonuje. Znajdź taką swoją małą odskocznię, polecam!

Zauważcie, że nie ma tu punktu w stylu „podrzucam dziecko komuś z rodziny”. Po prostu rzadko zdarza mi się taka możliwość, muszę więc kombinować inaczej. Jak widać, da się!

Każdy z tych punktów, choć wydają się bardzo samolubne, sprawia, że jestem lepszą matką. Moja dwuletnia córka ma prawo rozładować emocje, rycząc przez pół godziny, ale mi już raczej nie wypada. Ponieważ nie chcę wyżywać się na członkach mojej rodziny (choć zdarza mi się, oj zdarza), wolę zrobić coś dla siebie i odzyskać równowagę psychiczną.

A jak wy radzicie sobie w takich sytuacjach?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *